Rexik, Trika i wielki deszcz
Tatowie Rexika i Triki kłócą się, czyja kryjówka przed ulewą lepsza, a najlepszy okazuje się garbaty kamień, którego wczoraj tu nie było.
- Trochę strasznie
Nad Paprociową Doliną nadciągnęła czarna chmura. Bum! — huknął grzmot. I lunęło tak, jakby ktoś przewrócił rzekę do góry nogami.
— Chowajmy się! — zawołał tata Rexika. — Zaraz zbuduję kryjówkę. Najmocniejszą w całej dolinie!
— Ha! — prychnął wujek Róg. — Moja będzie lepsza.
I się zaczęło. Tata znosił gałęzie: trzask, trzask! Wujek Róg zrywał paprocie: szur, szur! Obaj sapali i zerkali na siebie spode łba.
— Gałęzie to siła! — ryczał tata.
— Paproć to rozum! — ryczał wujek Róg.
A grzmot ryczał głośniej od nich obu.
Rexik i Trika stali w deszczu i czekali. Z noseczków im kapało. Rexik rozglądał się dookoła. Przy ścieżce leżał wielki, garbaty kamień. Zielonkawobury, cały w guzkach, a na samym czubku — żółty kwiatuszek.
— Triko — szepnął Rexik. — Wczoraj tego kamienia tu nie było.
— Kamienie nie chodzą, Panie Może-Nie-Trzeba! — roześmiała się Trika.
— Gotowe! — oznajmił dumnie tata.
Kryjówka z gałęzi postała chwileczkę. A potem — trzask! — i runęła tacie prosto na głowę.
— Aha! — ucieszył się wujek Róg i wlazł pod swoje paprocie.
Szur… Paprocie zsunęły mu się na różki jak mokry kapelusz. A woda — chlup! — prosto za kołnierz.
Tatowie stali mokrzy i źli.
— To wszystko przez twoje gałęzie!
— Nie, przez twoje paprocie!
Rexik i Trika aż przykucnęli ze śmiechu.
— Pędem pod kamień! — krzyknęła Trika i pierwsza tam pobiegła.
— A może nie trzeba? — zawahał się Rexik. Ale deszcz lał mu się za kołnierz, więc dał nura za nią.
Pod garbatym brzegiem było sucho. I ciepło. I… ktoś oddychał.
— Triko — wyszeptał Rexik. — Kamień oddycha. Słyszysz? Chrr… chrr…
Wtem kamień się poruszył. Westchnął. I spod niego wyjrzała stara głowa o dobrych, zaspanych oczkach.
— Kto mnie tu łaskocze pod pancerzem? — ziewnęła babcia Anki.
— Babciu Anki! — zawołała Trika. — A my myśleliśmy, że babcia to kamień!
— Ja sama czasem tak myślę — zaśmiała się babcia.
Ankylozaury naprawdę mają na grzbiecie pancerz z kostnych płytek, twardy jak kamień. Pod takim nawet ulewa nie straszna.
Wtedy przybiegli tatowie, przemoczeni do ostatniej łuseczki.
— Moja kryjówka była najmocniejsza! — wysapał tata Rexika.
— Najśmieszniejsza? — dopytała babcia Anki. — Święta prawda, synku. Wszystko widziałam. Najśmieszniejsza!
— A moja była najmądrzejsza! — burknął wujek Róg.
— Najmokrzejsza? Masz rację, Rogu. Mokrzejszej nie ma na świecie!
Dzieci pokładały się ze śmiechu. Tatowie spojrzeli po sobie… i też się roześmiali. Pod pancerz się nie zmieścili, więc dalej stali w deszczu. Mokrzy, ale już wcale nie źli.
Kiedy ulewa ucichła, babcia Anki powoli wstała. Z jej grzbietu spadł listek. Suchy, suchuteńki, jedyny suchy listek w całej dolinie.
— Weź go — powiedziała babcia. — Na pamiątkę najśmieszniejszej kryjówki.
Wieczorem Rexik położył listek na swojej półeczce, obok kamyczka w paski i piórka.
— Kiedy byłem taki jak ty — zaczął tata — zbudowałem kryjówkę na całą dolinę…
— Słyszałam, słyszałam — uśmiechnęła się mama. — I się zawaliła.
Rexik się roześmiał, położył się w gniazdku i zamknął oczka. A suchy listek na półeczce wciąż pachniał ciepłym pancerzem babci.





