Rexik i listonoszka Ketza
Listonoszka Ketza przynosi Rexikowi tajemniczy list z trzech słów, więc Rexik i Trika ruszają przez dolinę sprawdzić, czy nie stało się nic złego.
- Trochę strasznie
Wczoraj przy śniadaniu mama powiedziała:
— Jutro, synku, będzie wyjątkowy dzień.
— Aha — kiwnął głową Rexik. Akurat obracał w łapkach kamyk ze złotą żyłką i dalej nie słuchał. Kiwnął — i zapomniał.
A dziś rano na gniazdo padł cień. Wielki-przewielki, aż cała polana poszarzała.
Szszszuch! — i na trawie wylądowała Ketza, listonoszka doliny. Szaroniebieskie skrzydła, długi dziób, grzebień na głowie, a przez ramię torebka z liści.
— Dzień dobry, Rexiku! Och, leciałam i leciałam! Nad rzeką wiatr, nad skałami wiatr, a mnie to nic a nic. Spójrz, jakie skrzydła! Jestem największym latającym zwierzęciem, jakie kiedykolwiek żyło, wiedziałeś?
— Wiedziałem — powiedział Rexik. Ketza mówiła to co rano.
— I nie mów, że jestem dinozaurem!
— Przecież nie mówię.
— Jestem latającym gadem! — Ketza zanurkowała dziobem w torebce. — Proszę. List do ciebie.
To był szeroki zielony liść. Ktoś wydrapał na nim trzy słowa. Rexik przyjrzał się: każda kreska była podwójna, jakby ktoś drapał dwoma pazurami naraz.
— A co tu jest napisane? — zapytał. Rexik jeszcze nie umiał czytać.
Ketza zmrużyła oczy.
— „Kamień. Paproć. Rzeka”. Nie, czekaj… „Paproć. Rzeka. Kamień”. A może na odwrót? Ojej, te słowa to straszne wiercipięty, nie chcą ustać w miejscu!
— A od kogo?
— Tajemnica listonoszki! — Ketza nie wiedzieć czemu parsknęła w dziób.
Rexik rozejrzał się. Mamy i taty nie było w domu: wyszli gdzieś jeszcze przed świtem. List bez imienia. Puste gniazdo. Trzy dziwne słowa.
— A może stało się coś złego? — szepnął Rexik.
Tup-tup-tup! Na polanę wpadła Trika, rożkami naprzód.
— Co za list? Od kogo? Dokąd idziemy?
— „Rzeka. Kamień. Paproć” — radośnie przeczytała Ketza.
— Rzeka jest najbliżej! — zawołała Trika. — Biegniemy!
— A może nie trzeba? — zapytał Rexik. — Może najpierw pomyślimy?
— Najpierw robię, a potem myślę! Chodź, Panie Może-Nie-Trzeba!
Rexik westchnął, wziął liść i powlókł się za nią.
Ketza leciała nad nimi i gadała bez przerwy: o chmurze podobnej do ryby, o wietrze, który łaskocze w skrzydła, o babci Anki, która wczoraj dwa razy dostała ten sam list.
Trika z rozpędu — plum! — do rzeki. Bryzgi poleciały aż do nieba, rybki czmychnęły na wszystkie strony.
— Nikogo! — zawołała, mokra od rożków po ogon. — Ani kłopotów, ani listów!
— Bo całą wodę rozchlapałaś — powiedział Rexik.
Ale sam patrzył nie na wodę, tylko na piasek. Ciągnęły się tam ślady: duże, głębokie, trójpalczaste. A obok jeszcze jedne, trochę mniejsze. Obie ścieżki prowadziły od rzeki prosto w paprocie.
— Ktoś tu szedł — powiedział cicho Rexik. — Ktoś wielki.
Ogon mu zadrżał.
— Tym lepiej! — Trika wygramoliła się na brzeg i otrząsnęła tak, że ochlapała Rexika od stóp do głów. — Oj. Przepraszam. Trochę się pospieszyłam.
Ketza weszła w trawę nad wodą, chaps dziobem — am! — i połknęła żabę w całości.
— Ty nawet nie gryziesz? — zdziwiła się Trika.
— Czym? — zaśmiała się Ketza i rozdziawiła dziób. — Nie mam ani jednego ząbka! A po co mi zęby, skoro mam taki dziób? No dobrze, rzekę znaleźliśmy. Teraz… paproć. Czy kamień? Ojej, sami sobie poradzicie!
Paprocie były wysokie, wyższe od Rexika, i szeleściły: szu-szu. Ślady zanurkowały w nie i zniknęły.
Na środku ścieżki siedziała babcia Anki i powoli żuła listek. Na jej pancerzu kołysał się kwiatek.
— Babciu Anki! — zawołała Trika. — Nie przechodził tędy ktoś wielki?
— Kto się wykluł? — dopytała babcia. — Nikt się nie wykluł! Nic nie wiem, nikt mi nic nie mówił!
Rexik i Trika spojrzeli po sobie.
— WIELKI! — powtórzyła Trika z całych sił. — Ktoś wielki!
— A, wielki! — ucieszyła się babcia. — Wielki Kamień jest o tam.
I machnęła ogonem. Ogon-buława — bum! — i trzy paprocie położyły się na ziemi. Za nimi odsłoniła się ścieżka, a na jej końcu szarzał Wielki Kamień.
Przy kamieniu było cicho. Bardzo cicho.
— A może nie trzeba? — szepnął Rexik.
Ale Trika już biegła. Rexik przełknął ślinę. Przecież nie puści jej samej! I potuptał za nią.
Nagle zza kamienia rozległ się ryk:
— Wszystkiego najle-e-epszego w dniu wyklu-u-ucia-a-a!
Tak fałszywie, że z paproci poderwały się wszystkie muszki. To śpiewał tata, ogromny, z krzaczastymi brwiami. Obok wujek Róg ryczał jeszcze głośniej, żeby tata go nie przekrzyczał, a ciocia Frila śmiała się tak, że aż trząsł jej się kołnierz. A mama stała przy kupce świeżych ryb i kupce soczystych paproci i się uśmiechała.
— W dniu wyklucia? — zdziwił się Rexik. — Czyjego?
— Twojego, synku — powiedziała mama. — Przecież mówiłam wczoraj: jutro wyjątkowy dzień.
— Zapomniałem…
— Wiem. Powiedziałeś „aha”. A mamine uszy słyszą wszystko, nawet „aha”.
Z góry — szszszuch! — na kamieniu wylądowała Ketza.
— Specjalnie pomieszałam słowa! Żeby wyszła prawdziwa zagadka! Och, jak trudno było milczeć, o mało nie pękłam!
Rexik spojrzał na liść. Podwójne kreski. Dwa pazury, jak u każdego tyranozaura na łapce.
— To ty pisałaś, mamo!
Mama mrugnęła.
— A ja od razu wiedziałam, że nic złego się nie stało — oznajmiła Trika.
— Przecież wołałaś „biegniemy”!
— No. I biegłam.
— Kiedy byłem taki jak ty — zahuczał tata — na dzień wyklucia kecalkoatle przyniosły mi całą rzekę.
— Całą rzekę? — parsknął wujek Róg. — A mnie dwie.
Ciocia Frila śmiała się najgłośniej, a Ketza już wzlatywała: musi przecież opowiedzieć o tym całej dolinie!
Wieczorem Rexik położył liść na swojej półeczce, obok kamyka ze złotą żyłką. Trzy słowa stały na nim spokojnie, każde na swoim miejscu.
Potem wtulił się w gniazdko z paproci i ziewnął.
— No i co — szepnęła mama — następnym razem zapamiętasz swój wyjątkowy dzień?
— Aha — wymruczał Rexik.
Mama zaśmiała się cichutko:
— To „aha” już słyszałam.





