Tymek i skłóceni przyjaciele
Rudek przychodzi do Tymka w odwiedziny, a przyjaciele rywalizują, który jest jego najlepszym przyjacielem, aż Tymek mówi Pluskowi słowa, których nie cofnie.
- Trochę smutno
Tego ranka w nowym domu na Jesionowej Polanie pachniało jabłkami. Mama Tymka zagniotła ciasto jeszcze przed świtem.
— Upiekę placek, tak na wszelki wypadek — nuciła.
Wypadek rzeczywiście był wyjątkowy: pierwszy raz po przeprowadzce miał przyjść do Tymka z wizytą Rudek. Aż z Dębowego Gaju, z drugiej strony lasu!
Tymek siedział na ganku i wypatrywał ścieżki. Obok siedziała Lila w różowym czepeczku i też wypatrywała, chociaż nie wiedziała, kogo.
— Idzie? — pytała co minutę.
— Jeszcze nie — parskał Tymek.
— Jeszcze nie — parskała Lila.
Aż tu nagle między jesionami — fiu! — mignął rudy ogon z białą końcówką.
— Ja pierwszy! — krzyknął Rudek i pierwszy wskoczył na ganek, chociaż nikt się z nim nie ścigał.
— Ja pierwsza! — pisnęła Lila i też podskoczyła na schodek.
Tymek rzucił się obejmować przyjaciela, a Rudek aż podskoczył:
— Au, kłujesz!
— To z radości — roześmiał się Tymek.
Mama Rudka przywitała się z mamą Tymka, obiecała, że wróci po syna, gdy słońce zajdzie za jesiony, i poszła z powrotem przez las. A mama Tymka wyniosła na ganek rumiany placek.
— To na obiad — powiedziała. — Kiedy wasza tratwa popłynie.
— Chodźmy nad strumyk! — Tymek pociągnął Rudka za łapę. — Tam jest Plusk. Wiązaliśmy z nim tę tratwę cały tydzień, a dziś spuścimy ją na wodę. We trójkę!
Dźwięczny Strumyk naprawdę dźwięczał: dzyń-dzyń po kamyczkach. Mama usiadła na brzegu z robótką, Lila obok niej, z listkiem w łapkach. A z wody nagle — plusk! — wychyliła się głowa w turkusowej czapeczce i na Rudka poleciała cała chmura kropel.
— Plusk — i gotowe! — zaśmiał się Plusk. — Teraz ty też jesteś wydrą!
Rudek otrząsnął się. Uszy sterczały mu na sztorc.
— A ty kto?
— Jestem Plusk. Przyjaciel Tymka.
— To ja jestem przyjacielem Tymka — powiedział Rudek. — Znam go jeszcze z przedszkola.
— A ja bawię się z nim codziennie — nie ustępował Plusk. — A ty tylko wpadasz w odwiedziny.
Tymek się roześmiał, bo myślał, że to żart. Ale to nie był żart.
Rudek zaproponował wyścig do starej wierzby — i dobiegł pierwszy. Plusk zaproponował przepłynięcie strumyka — i przepłynął go dwa razy, zanim Rudek sprawdził łapą, czy woda jest bardzo zimna. Potem puszczali kaczki: kamyk Pluska podskoczył pięć razy, Rudka trzy, a Tymka po prostu plusnął na dno.
— Tymku, kto jest szybszy? — pytał Rudek.
— Tymku, kto jest zwinniejszy? — pytał Plusk.
A Tymek chciał tylko jednego: żeby tratwa wreszcie popłynęła.
Ale z tratwą też nie wyszło. Rudek chciał postawić maszt pośrodku, Plusk — z przodu. Każdy ciągnął patyczek do siebie i każdy krzyczał:
— Tymku, powiedz mu!
— Tymku, no powiedz!
Wtedy Plusk spojrzał na ogon Rudka, mokry od chlapania, i zachichotał:
— Masz ogon jak mokra miotła!
— Mokra miotła! — radośnie powtórzyła Lila z brzegu.
Rudek opuścił uszy. A Tymkowi zrobiło się gorąco na samym czubku nosa. Rozzłościł się. Na Pluska, na mokrą miotłę, na ten dzień, na który tak czekał, a który sypał mu się z łap jak piasek.
— Przestań! — krzyknął Tymek. — Wcale nie jesteś moim przyjacielem! Jesteś tylko sąsiadem, który wszystkich ochlapuje. Moim najlepszym przyjacielem jest Rudek!
Zrobiło się cicho. Tylko strumyk dzwonił, jakby nic się nie stało.
Plusk nic nie odpowiedział. Położył patyczek na tratwie i zsunął się do wody. Bez jednego „plusk”. Tymek zobaczył po raz pierwszy, że Plusk tak potrafi.
A na brzegu Lila patrzyła na brata okrągłymi oczkami i poruszała buzią, jakby coś sobie zapamiętywała.
Tratwę Tymek z Rudkiem jednak spuścili na wodę. Tylko że wiązać ją z trzciny umiał Plusk, a oni nie umieli. Tratwa zakołysała się, zakręciła i rozpadła na cztery patyczki, które popłynęły każdy w swoją stronę.
— No i dobrze — powiedział Rudek. Ale „Ja pierwszy!” już nie krzyczał.
Na obiad mama pokroiła placek na cztery kawałki: dla Tymka, Rudka, Lili i Pluska. Kawałek Pluska został na talerzu.
Potem przyjaciele bawili się w chowanego, ale i w chowanego jakoś nie wychodziło. Rudek długo milczał, aż w końcu zapytał:
— Tymku, a kiedy przyjdzie do ciebie ktoś nowy, to mnie też tak powiesz? Że nie jestem przyjacielem?
— Nie! — przestraszył się Tymek. — Nigdy!
Rudek kiwnął głową. Ale niezbyt pewnie.
Gdy słońce zaszło za jesiony, po Rudka przyszła mama. Przyjaciele uściskali się na ganku — ostrożnie, żeby się nie ukłuć.
— Cześć — powiedział Rudek.
I poszedł. Dębowy Gaj był daleko i Tymek wiedział, że następnym razem Rudek przyjdzie nieprędko. A tego dnia, na który obaj tak czekali, nie da się już cofnąć.
Tymek usiadł na schodku. Mama przysiadła obok i o nic nie pytała. Wtedy Tymek powiedział sam:
— Rozzłościłem się. A teraz jest mi wstyd.
Mama kiwnęła głową. Zawinęła kawałek placka dla Pluska w liść łopianu i podała Tymkowi.
Do strumyka było całkiem blisko, ale łapy niosły go tam bardzo powoli. Przy wierzbie Tymek zatrzymał się, parsknął noskiem i wyszeptał:
— Wdech, wydech — i naprzód!
Nie zrobiło się lżej. Ale i tak poszedł.
Plusk siedział na kamieniu i patrzył na wodę. Nie chlapał, nie nurkował, po prostu siedział.
— Plusku — powiedział Tymek. — Wybacz mi. Powiedziałem nieprawdę. Jesteś moim przyjacielem.
Wyciągnął placek w łopianie. Plusk długo na niego patrzył, a potem wziął.
— Wybaczam — powiedział i ugryzł kęs. — Dobry.
Tymek się ucieszył:
— To jutro znowu wiążemy tratwę?
Plusk się zastanowił.
— Jutro chyba pobawię się sam. Jeszcze mnie tu trochę uwiera. — I dotknął łapką piersi. — A Rudkowi powiedz, że z tą miotłą to nie ze złości.
I zsunął się do wody. Tym razem z cichutkim, ledwo słyszalnym „plusk”.
W domu mama podprowadziła Tymka do deseczki wzrostu na kuchennej framudze. Tata jeszcze coś heblował w warsztacie, więc ołówek wzięła tym razem mama.
— Co narysujemy przy dzisiejszej kresce? — zapytała.
Tymek zastanowił się.
— Dwie łapki. Obok siebie.
— Czyje?
— Jeszcze nie wiem — powiedział szczerze Tymek. — Niech na razie będą po prostu dwie.
Mama narysowała dwie małe łapki. Niżej na deseczce ciągnął się rządek kresek Lili i teraz przyszła jej kolej.
— Lila, chodź tu! — zawołał Tymek. — Zmierzymy cię!
Lila schowała łapki za plecy, pokręciła głową i powiedziała bardzo wyraźnie, dokładnie głosem brata:
— Wcale nie jesteś moim przyjacielem!
I roześmiała się, bo myślała, że to taka zabawa.
Tymek aż zastygł. Zachciało mu się zwinąć w kłębek i schować nosek w łapki.
— Ona powtarza wszystko, co usłyszy — powiedziała cicho mama. — Jutro może zapomni. A może nie.
Tymek patrzył na dwie małe łapki na deseczce. Tratwę można związać na nowo, placek można upiec nowy. A powiedziane słowo płynie sobie dalej, jak patyczek po strumyku, i nigdy nie wiadomo, kto je wyłowi.





