Nowa w klasie
Dudek Dana przylatuje z dalekiego południa i zostaje nową w leśnej szkole, a jesienią czeka ją droga powrotna. Czy jej przyjaźń z Tymkiem doczeka wiosny?
- Trochę smutno
Dana przyleciała na Jesionową Polanę w kwietniu, gdy jesiony dopiero rozwijały pierwsze listki. Całą drogę z dalekiego południa leciała za tatowym pasiastym ogonem i wyobrażała sobie nową szkołę. A teraz stała pod wielkim klonem i własne skrzydła wydawały jej się obce.
— To jest Dana — powiedziała cicho pani Czapla. — Będzie się uczyć z nami do jesieni.
Cała klasa odwróciła się w jej stronę. Dana poczuła, jak czubek na głowie sam z siebie — fuch! — rozwija się jak wachlarz. Chciała go przygładzić, ale czubek nigdy jej nie słuchał: gdy tylko się dziwiła albo denerwowała, unosił się jak malutka korona.
— Ojej — szepnął ktoś. — Ona ma koronę!
Dana nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Uśmiechnęła się nieśmiało i poszła tam, gdzie wskazała pani Czapla, na pieniek przy oknie.
Z przodu siedział jeż w czerwonym szaliczku. Szalik był długi, dwa razy owinięty wokół szyi, a jeden jego koniec był trochę jaśniejszy od drugiego, jakby ktoś dodziergał go później. Jeż obejrzał się, kiwnął jej głową i znów wbił wzrok w tablicę. Nie uśmiechnął się, o nic nie zapytał. Dana uznała, że jest dla niego nieciekawa.
Tego samego ranka pani Czapla wywołała jeża do tablicy.
— Tymku, opowiedz nam, dokąd płynie Dźwięczny Strumyk.
Tymek wstał. Przy tablicy zatrzymał się, parsknął noskiem i ledwie słyszalnie, samymi wargami, powiedział:
— Wdech, wydech…
Dana siedziała najbliżej, więc usłyszała. Nikt inny nawet uchem nie powiódł. A Tymek wziął kredę i spokojnie narysował, jak strumyk biegnie przez polanę, pod starym jesionem i dalej, do wielkiej rzeki.
„Taki spokojny — pomyślała Dana — a też się denerwuje?” Wydało jej się, że te dwa słowa to jakieś zaklęcie. Powtórzyła je cichutko pod dziobem. Nie pomogło. Pewnie zaklęcie działało tylko na jeże.
Następnego dnia pani Czapla poprosiła Danę, żeby opowiedziała o krainie, z której przyleciała jej rodzina. Dana bardzo, bardzo chciała się spodobać. Wyszła przed klasę i zaczęła mówić szybko, aż się zachłystywała:
— Tam piasek jest gorący, jakby dopiero co z pieca. A rzeczka jest taka szeroka, że z jednego brzegu nie widać drugiego. I palmy! I wielbłądy, takie wysokie!
Przeciągała samogłoski, jakby śpiewała, bo tam, na południu, tak mówili wszyscy. I mówiła „rzeczka” tam, gdzie tutejsi mówili „strumyk”. Klasa słuchała z otwartymi buziami. Dana tak się rozgadała, że z radości samo jej się wyrwało:
— Hup-hup-hup!
— Ooo! — zawołał z ostatniego pieńka wydrzątko w turkusowej czapeczce. — Kto tu buczy w dzbanek?
Klasa się roześmiała. Nie ze złośliwości, po prostu wesoło, a samo wydrzątko śmiało się najgłośniej. Ale Danie nagle zrobiło się gorąco, jakby ten piasek z jej opowieści nasypano jej prosto pod pióra. Czubek położył się płasko. Dokończyła cicho i krótko, a w drodze na miejsce obiecała sobie: w szkole — już nigdy żadnego „hup-hup-hup”.
— Dziękuję, Dano — powiedziała pani Czapla. — Ja też nigdy nie widziałam wielbłąda.
Od tego zrobiło się troszeczkę lżej. Ale tylko troszeczkę.
Wieczorem, w dziupli starego jesiona, mama dudkowa poprawiała miękkie posłanie i pytała:
— No i jak, córeczko? Znalazłaś jakąś koleżankę?
— Wszyscy są bardzo mili — powiedziała Dana. I to była prawda. Nikt jej nie dokuczał. Po prostu wszyscy od dawna się przyjaźnili, mieli swoje zabawy, swoje żarty i swoje słówka, a ona przyleciała w środku wiosny jak gość, który zjawił się, gdy piosenkę zaśpiewano już do połowy.
Przez następne dni Dana starała się ze wszystkich sił. Pierwsza podnosiła skrzydło na każde pytanie. Przyniosła na lekcję najpiękniejszy kamyk, jaki znalazła nad strumykiem, żeby wszystkim go pokazać. Nauczyła się nawet mówić „strumyk” zamiast „rzeczka”. Ale im bardziej się starała, tym bardziej było jej niezręcznie, jakby włożyła cudze pióra, które w żaden sposób nie chcą się ułożyć.
Wydrzątko nazywało się Plusk. W przerwie wylatywał nad strumyk pierwszy, a cała klasa biegła za nim.
— Budujemy tamę! — komenderował. — Kamyk tutaj, gałązka tam… Plusk — i gotowe!
I chlup do wody, aż bryzgi poleciały na wszystkich. Tymek, którego ochlapało najbardziej, w mgnieniu oka zwinął się w kolczastą kulkę, a potem rozwinął się i roześmiał razem ze wszystkimi.
Dana też stała nad strumykiem. Śmiała się, gdy śmiali się inni, ale zawsze chwilę później, jakby najpierw sprawdzała, czy wolno. Dookoła było pełno gwaru, bryzgów i okrzyków, a jej się zdawało, że patrzy na cudzą zabawę przez szybę. Okazuje się, że samotnie bywa nie tylko wtedy, gdy jest się samemu.
Dlatego w przerwach Dana zaczęła odlatywać na niską gałąź starego jesiona nad paprociami. Stamtąd było widać strumyk i wszystkich, a jej nie widział nikt. Tam, gdy nikt nie słyszał, śpiewała cichutko:
— Hup-hup-hup…
Pewnego razu na dole, wśród paproci, coś zaszeleściło. Dana umilkła i znieruchomiała. Nikt nie wyszedł. Dopiero później, zlatując z gałęzi, zauważyła na krzaku jeżyny cieniutką czerwoną wełnianą nitkę. „Pewnie wiatr przyniósł” — pomyślała i zabrała nitkę dla siebie. Ładna była ta nitka, jaskrawa.
Przyjaźń nie przychodzi jednym machnięciem skrzydeł. Skrada się powolutku, jak wiosna.
Najpierw Tymek bez słowa oddał Danie połowę swojej kredy, gdy jej własna się pokruszyła. Potem okazało się, że ze szkoły wracają jedną ścieżką: dom Tymkowej rodziny, z zielonymi drzwiami i gankiem, stał tuż nad strumykiem, a stara dziupla w jesionie, w której zamieszkały dudki, była trochę dalej.
— Dawno tu mieszkasz? — zapytała kiedyś Dana.
— Dawno — powiedział Tymek. I nic więcej.
Dana uznała, że jest tutejszy od urodzenia. Znał każdą ścieżkę, każdy kamyk w strumyku, a Plusk do każdej psoty wołał go pierwszego. Takim jak Tymek jest łatwo, myślała. Nie muszą się uczyć, jak być swoimi.
Ale Tymek zauważał więcej, niż się zdawało. Kiedy Plusk podzielił klasę na dwie drużyny do wyścigu listków i Dana została z boku, Tymek bez słowa przesunął się na kamieniu i pokazał łapką: siadaj. Kiedy pani Czapla zapytała, kto wie, jak daleko latają dudki, i klasa popatrzyła po sobie, Tymek odwrócił się do Dany, jakby mówił: no dalej, ty wiesz. I Dana opowiedziała, cicho, bez wielbłądów i bez palm, jak lecieli nad morzem trzy noce z rzędu i jak mama śpiewała w ciemności, żeby nikt nie został z tyłu. Tym razem nikt się nie śmiał. A Plusk nawet powiedział:
— Trzy noce? Ojej. Ja bym się zmęczył już po jednej.
A pewnego majowego dnia, na słonecznej polanie, Dana zapomniała, że trzeba być ostrożną. Wbijała długi zakrzywiony dziób w miękką ziemię — stuk-stuk, stuk-stuk — i szukała chrząszczy. Obok Tymek wąchał tę samą ziemię, sapiąc noskiem.
— O tam, pod korzonkiem! — parsknął.
— Widzę! — Dana dziobnęła. — Oj, uciekł!
— Mnie też uciekł — roześmiał się Tymek. — Czyli szukamy tak samo. Ty dziobem, a ja noskiem.
Potem Dana rozłożyła się na ciepłym kamieniu z rozpostartymi pasiastymi skrzydłami i przymknęła oczy w słońcu.
— Opalasz się? — zdziwił się Tymek.
— My, dudki, tak lubimy — powiedziała Dana. — Spróbuj.
Tymek położył się na kamieniu obok, rozrzuciwszy łapki, i leżeli tak, aż słońce schowało się za jesionami. Dana nawet nie zauważyła, kiedy czubek rozwinął jej się sam — już nie z przejęcia.
Pod koniec maja, przy swoich zielonych drzwiach, Tymek nagle się zatrzymał. Parsknął noskiem. I tym razem powiedział na głos:
— Wdech, wydech — i naprzód! — A potem szybko, żeby się nie rozmyślić: — Mama pyta, czy przyjdziesz do nas w niedzielę. Piecze placek.
— Dlaczego placek? — zdziwiła się Dana.
— Tak na wszelki wypadek. Ona zawsze tak robi, kiedy zbliża się coś ważnego.
Dana leciała do domu i chciało jej się śpiewać na cały las. Coś ważnego — czy to ona?
W niedzielę w kuchni pachniało jabłkami. Mama Tymka, w błękitnym fartuszku, postawiła na stole taki duży placek, że wystarczyłby na pół szkoły.
— Upiekłam jednak — uśmiechnęła się. — Na wszelki wypadek. Resztę zaniesiecie Pluskowi.
Przy drzwiach kuchni, na framudze, wisiała deseczka z ołówkowymi kreskami. Przy każdej kresce był malutki rysunek: serduszko, plecaczek, gwiazdka, krzyżyk-plaster, ząbek, domek, dwa odciski łapek obok siebie. Niżej ciągnął się jeszcze jeden rządek, krótszych kresek.
— To moje — powiedziała z dumą mała jeżyczka w różowym czepeczku. To była Lila, siostrzyczka Tymka. W tym roku poszła do pierwszej klasy i wszędzie chodziła za bratem jak ogonek.
— No, czas na mierzenie — powiedział tata Tymka, duży, nieco przyprószony siwizną brązowy jeż w zielonej kamizelce. Postawił Tymka przy deseczce, poklepał się po kieszeniach i mruknął: — Gdzie jest mój ołówek?
— Za uchem! — wypaliła Dana, zanim zdążyła pomyśleć. I od razu zrobiło jej się głupio.
Tata dotknął ucha, znalazł ołówek i cicho się zaśmiał.
— No proszę. Mamy w domu jeszcze jedną parę bystrych oczu.
Poprowadził kreskę nad głową Tymka, o dobry pazurek wyżej niż poprzednią, i zapytał:
— Co narysujemy tym razem?
Tymek spojrzał na Danę.
— Piórko — powiedział. — Pasiaste.
Danie czubek rozwinął się tak, że prawie zahaczył o półkę. A Lila zaczęła skakać wokół stołu i śpiewać na całą kuchnię:
— Hup-hup-hup! Hup-hup-hup!
Dana zamarła.
— Skąd to znasz?
— Tymek tak śpiewa! — pisnęła radośnie Lila. — Pod jesionem, kiedy chodzi po jeżyny. I u siebie w pokoju, gdy myśli, że nikt nie słyszy!
Tymek zaczerwienił się aż po czubki uszu i trochę się zwinął, jakby chciał się schować we własnych kolcach.
— Zbierałem tam jeżyny — mruknął. — Pod twoją gałęzią. I usłyszałem. Ładnie to brzmi. Chciałem się nauczyć… żebyś nie myślała, że to śmieszne.
Dana przypomniała sobie szelest w paprociach. I czerwoną nitkę na krzaku jeżyny, która do tej pory leżała w jej niebieskiej torbie.
— To twoja nitka — powiedziała.
— Szalik o wszystko zahacza — westchnął Tymek. — Mama co roku go dorabia, bo rosnę. A on zahacza.
A potem Tymek opowiedział coś, czego Dana zupełnie się nie spodziewała: on też kiedyś był nowy. Jego rodzina przeprowadziła się tu z Dębowego Gaju i pierwszego dnia Plusk ochlapał go od stóp do głów, a on nie wiedział, czy płakać, czy się śmiać.
— A to „wdech, wydech”? — zapytała Dana.
— Tego nauczono mnie, jak byłem całkiem mały. To nie zaklęcie. Po prostu pomaga zrobić pierwszy krok. Czasem od razu, a czasem niezbyt.
Od tej pory w przerwach Dana nie siedziała już sama na jesionie. Czasem budowała tamę z Pluskiem, a on, choć ją chlapał, nie żartował już z dzbanka. Raz nawet sam spróbował zaśpiewać „hup-hup-hup” i tak śmiesznie zabulgotał, że śmiali się wszyscy, a Dana najgłośniej.
Lato przebiegło jak Dźwięczny Strumyk. Pod koniec sierpnia nad Jesionową Polaną zaczęły krążyć dudki: zbierały się do drogi. Jednego ciepłego wieczoru Dana i Tymek siedzieli na ganku przy zielonych drzwiach.
— Odlatujemy za tydzień — powiedziała Dana. — Na południe, do wielkiej rzeki.
— A ja zasnę, kiedy opadną liście — powiedział Tymek. — Aż do wiosny. Wszystkie jeże tak mają.
— A ja wrócę w kwietniu.
— A ja się obudzę, gdy się ociepli. Mama mówi, że mniej więcej wtedy.
Posiedzieli w milczeniu. Dana odlatywała pierwsza, Tymek zasypiał później. Ona miała lecieć nad górami i morzem, a on leżeć zwinięty w kłębek w ciepłych liściach i nic nie wiedzieć. Całe pół roku.
Dana wyjęła z torby piórko, czarno-białe, pasiaste. Wypadło jej ze skrzydła w tym tygodniu, kiedy dudki zmieniają upierzenie.
— To dla ciebie. Żeby to na deseczce nie było tylko narysowane.
Tymek wziął piórko w obie łapki, jakby trzymał coś bardzo cennego.
— A ty na mnie poczekasz? — zapytała cicho Dana.
Tymek parsknął noskiem i długo myślał.
— Nie wiem — powiedział szczerze. — Przecież będę spał. Jeszcze nigdy nie próbowałem czekać przez sen.
Dana spojrzała w niebo, gdzie krążyła jej rodzina. Wiosną wróci na Jesionową Polanę. Może Tymek będzie już siedział na ganku. A może jeszcze będzie spał, a ona usiądzie na swojej gałęzi, zaśpiewa „hup-hup-hup” i będzie czekać sama.
Pół roku to dużo czy mało dla przyjaźni, która dopiero się zaczęła? Ktoś odleci, ktoś zaśnie, a przyjaźń zostanie gdzieś pośrodku, między morzem a liśćmi. Czy doczeka ich obojga?





