Rexik i zadziorny pachycefalozaur
Nowy pachycefalozaur popycha w dolinie wszystkich, ale Rexik zauważa, że zadzior jest zawsze sam, a zaufania jedną głową się nie przesunie.
- Trochę strasznie
- Trochę smutno
Tego ranka Ketza przyfrunęła nad rzekę przed wschodem słońca. Nie zdążyła jeszcze złożyć swoich ogromnych skrzydeł, a już gadała:
— Nowy! W dolinie jest nowy! Przyszedł zza Szarych Wzgórz, głowę ma okrągłą i twardą jak kamień i już popchnął Szyszkę i Orzeszka! Oboje! Za jednym zamachem!
— Jaką Szyszkę i jakiego Orzeszka? — nie zrozumiał Rexik. Wybierał właśnie kamyczki na płyciźnie i nie od razu podniósł głowę.
— Bliźniaki, małe ankylozaury, a któżby inny! — Ketza aż kłapnęła dziobem. — A mnie też prawie popchnął, kiedy usiadłam obok. Mnie! Nie jestem dinozaurem, jestem latającym gadem! Latających gadów w ogóle się nie popycha!
Trika, która od dobrej minuty gniewnie bodła różkami starą kłodę na brzegu, podniosła głowę. Tę kłodę ona i Rexik od trzech dni chcieli przetoczyć przez strumień, żeby powstał mostek, a kłoda od trzech dni leżała tam, gdzie leżała.
— Chodźmy! — powiedziała Trika. — Zobaczymy, kto tam taki twardogłowy.
— A może nie trzeba? — spytał Rexik.
Ale Trika już biegła, a żółty kołnierz podskakiwał jej na plecach. Rexik westchnął i podreptał za nią.
Przy paprociach, gdzie rosły najdelikatniejsze młode listki, rzeczywiście stał nowy. Był trochę wyższy od Triki i chodził na dwóch łapach, jak Rexik. A głowa wznosiła mu się wysoką, bladą kopułą, obsypaną po brzegach drobnymi kościstymi guzkami. Szyszka i Orzeszek, malutkie ankylozaury w pancerzykach, siedzieli w kałuży i mrugali.
— To moja polana — powiedział nowy. Głos miał niski, jakby mówił spod kamienia. — Kto jeszcze chce?
Nikt nie chciał. Maluchy cofnęły się w krzaki.
Rexik zauważył dziwną rzecz. Nowy nie jadł paproci, o które rzekomo się bił. Nawet na nie nie patrzył. Stał i patrzył za maluchami — długo, jakby czekał, że wrócą.
— No dobrze, dość — powiedziała Trika i pochyliła głowę, wystawiając różki. — Zaraz mu pokażę „moją polanę”.
— Triko, poczekaj. On jest większy…
— Najpierw robię, a potem myślę! — I pognała. Tup-tup-tup!
Nowy nawet nie ruszył jej na spotkanie. Po prostu zrobił krok w bok. Trika przemknęła obok, poślizgnęła się na mokrej glinie i — chlup! — klapnęła w tę samą kałużę, z której przed chwilą wygramolili się bliźniacy. Brudna woda chlusnęła jej aż na kołnierz.
Na chwilę wszyscy zamarli. Nowy szarpnął się w stronę Triki, jakby chciał podać jej łapę. Potem spojrzał na Rexika, na krzaki, gdzie chowały się maluchy — i odwrócił się.
— Sama się wywróciłaś — burknął i poszedł sobie, do starego lasu.
Trika wygramoliła się z kałuży, otrzepała się i gniewnie prychnęła.
— Widziałeś? Widziałeś?! Następnym razem ja go…
— Widziałem — powiedział cicho Rexik. — Chciał ci pomóc.
— Kto? On? Panie Może-Nie-Trzeba, słońce ci głowę przypiekło.
W ciągu dnia Ketza jeszcze dwa razy przelatywała nad doliną i za każdym razem zrzucała z góry nową nowinę, jak szyszkę. Że nowego zowią Zadzior. (Tak naprawdę nazwali go tak bliźniacy, kiedy suszyli się na kamieniu.) Że przyszedł tylko z mamą, a mama pasie się daleko na wzgórzach. Że popchnął spróchniałą kłodę i ta potoczyła się aż do strumienia.
— A jeszcze dowiedziałam się, kim on jest! — zawołała Ketza z nieba. — Pachycefalozaur! To znaczy „grubogłowy jaszczur”. Kość na czubku głowy ma tak grubą, że można w nią stukać jak w kamień. I popycha głową! To wszystko, co potrafi!
— Nie wszystko — powiedział Rexik pod nosem. Ale Ketza już poleciała dalej.
Po obiedzie Rexik i Trika chodzili wzdłuż skraju starego lasu po ulubione liście sagowca Triki. Trika całą drogę wymyślała, co powie Zadziorowi następnym razem, i za każdym razem wychodziło groźniej. A Rexik patrzył na drzewa. Na trzech pniach, akurat na wysokości czyjejś głowy, kora była zbita okrągłymi plamami. Świeżymi, jasnymi. A trochę dalej leżała kłoda, którą ktoś przesunął z miejsca: na ziemi było jeszcze widać wgłębienie po tym, gdzie leżała wcześniej.
— Triko, spójrz…
— Potem — machnęła ręką Trika. — Właśnie wymyśliłam, co mu powiem o kałuży.
Pod wieczór, gdy cienie paproci się wydłużyły, Rexik usłyszał dźwięk. Stuk. Cisza. Stuk. Cisza. Stuk-stuk.
Dźwięk dochodził ze starego lasu.
— Triko — zawołał. — Słyszysz?
— Gałąź stuka — machnęła ogonem Trika. A potem nadsłuchiwała. — Choć… jak na gałąź, to trochę za głośno.
Przekradli się między pniami. Rexik stąpał ostrożnie, bo zauważał każdą suchą gałązkę pod łapami. A Trika stąpała cicho, bo Rexik za każdym razem na nią syczał.
Na polance pośrodku lasu stał Zadzior. Samiuteńki. Przed nim wznosił się gruby, stary pień, a kora na nim była obdarta okrągłymi plamami, jakby ktoś długo i uparcie ugniatał ją czołem. Zadzior cofał się o trzy kroki, pochylał głowę — stuk! — i znów się cofał.
— No dalej — mówił do pnia. — No, teraz twoja kolej. No popchnij mnie.
Pień milczał. Zadzior postał chwilę, potem podszedł do powalonej kłody i popchnął ją — buch! Kłoda zakołysała się i znieruchomiała. Usiadł obok i położył swoją twardą głowę na korze.
— W domu już by mnie popchnęli — powiedział bardzo cicho.
Trika zerknęła na Rexika. Po raz pierwszy tego dnia nie wiedziała, co powiedzieć.
A Rexik wiedział, co trzeba zrobić. I właśnie dlatego wcale mu się tego nie chciało. Zadzior był jednak większy, głowę miał jak kamień, a bliźniaki pewnie wciąż drżały w krzakach.
„A może nie trzeba?” — pomyślał Rexik. A potem przypomniał sobie, jak nowy patrzył za maluchami. Jakby czekał.
Wyszedł zza paproci.
Zadzior zerwał się tak szybko, że prawie się przewrócił, i wycelował głowę.
— Czego chcecie? Przyszliście się śmiać?
— Nie — powiedział Rexik. Głos mu drżał, ale niezbyt. — Usłyszeliśmy, że ktoś tu stuka. Pomyślałem, że może czegoś potrzebujesz.
— Niczego nie potrzebuję — burknął Zadzior. Ale głowę opuścił.
Pod pniem leżał kawałek kory, odbity uderzeniem. Rexik go podniósł. Na korze było okrągłe wgłębienie, gładkie i równe, jakby ktoś przycisnął do niej ciepły kamyczek.
— To ty tak zrobiłeś? Głową?
— No ja. — Zadzior z jakiegoś powodu się speszył. — Tam, skąd przyszliśmy, miałem braci, stryjecznych, całą bandę. Całymi dniami się popychaliśmy: kto kogo ruszy z miejsca. To taka gra. Jeśli chcesz, żeby ktoś się z tobą bawił, podchodzisz i popychasz. Lekko. No… nie zawsze lekko.
Trika otworzyła usta.
— Czyli rano… ty nie zabierałeś polany? Ty Szyszkę i Orzeszka zapraszałeś do zabawy?!
— A oni uciekli — powiedział Zadzior. — Tu wszyscy uciekają. A ty pobiegłaś się bić. A ja przecież nie po to.
— U nas — powiedziała powoli Trika — jak cię ktoś popycha, to znaczy „idź sobie”.
Zadzior spojrzał na nią, na Rexika, na swój obdarty pień. I zapytał zupełnie innym głosem, cieniutkim:
— A jak się u was wtedy mówi „baw się ze mną”?
Rexik i Trika spojrzeli na siebie.
— No… — Rexik podrapał się po nosie. — Tak się właśnie mówi. „Baw się ze mną”.
— I tyle?
— I tyle.
Zadzior pomilczał, jakby próbował tych słów na smak, jak nieznanego liścia.
— Mam na imię Krzemień — powiedział w końcu. — Nie Zadzior.
— A ja jestem Trika. A to Pan Może-Nie-Trzeba.
— Rexik — poprawił Rexik.
— Pan Może-Nie-Trzeba — powtórzyła z zadowoleniem Trika. — Słuchaj, Krzemieniu. Mamy kłodę, której od trzech dni nie możemy ruszyć. Chcesz?…
Krzemień już otworzył usta, żeby ryknąć „tak” i pewnie z radości kogoś popchnąć. Ale je zamknął. I powiedział inaczej, starannie, jak wyuczone:
— Bawcie się… ze mną.
Kłoda leżała przy strumieniu, tam, gdzie Trika od rana bodła ją różkami. Rexik z Triką pchali ją i ogonami, i łapami, i barkami, a ona tylko wzdychała i zostawała na miejscu.
Krzemień obszedł kłodę, wycelował, cofnął się o trzy kroki.
Stuk! — kłoda się ruszyła.
Stuk! — jeszcze trochę.
— I nie boli cię? — nie wytrzymała Trika.
— Nie — zdziwił się Krzemień. — Przecież mam tam grubą kość. Mama mówi, że najgrubszą w całej naszej bandzie. — I dodał po chwili namysłu: — Tylko myśleć po tym i tak trzeba samemu.
Trika podejrzliwie zmrużyła oczy, ale nic nie powiedziała.
— A teraz razem! — zakomenderowała Trika.
Rexik pchał barkiem, Trika kołnierzem, Krzemień głową. Kłoda obróciła się, ślizgnęła po mokrej trawie — i buch! — położyła się w poprzek strumienia, z brzegu na brzeg. Woda pod nią zabulgotała inaczej, jakby się zdziwiła.
— Udało się! — krzyknęła Trika i podskoczyła.
Krzemień też podskoczył — i z radości trącił Trikę głową w bok. Niezbyt mocno. Ale Trika się zachwiała i prawie chlupnęła do strumienia po raz drugi tego dnia.
— Hej!
Krzemień zamarł. Patrzył na Trikę, jakby sam siebie przyłapał na gorącym uczynku.
— Ja… — przełknął ślinę. — Chciałem powiedzieć: „Jak dobrze, że się udało”. I jeszcze: „Zróbmy coś jeszcze”.
Trika trochę poprychała. A potem się roześmiała.
— To powiedz to buzią — poradziła. — A głowę oszczędzaj na kłody.
Wtedy zza krzaków wyjrzeli Szyszka i Orzeszek. Zobaczyli mostek — i oczka im zabłysły. Potem zobaczyli Krzemienia — i oczka zgasły.
— Chodźcie tu! — zawołał Krzemień i rzucił się ku nim. — Tu jest mostek! Ja…
Bliźniaki pisnęły i znikły w krzakach tak szybko, że zostały po nich tylko dwie kołyszące się gałązki.
Krzemień zatrzymał się w połowie drogi. Postał. Wrócił do kłody i usiadł na niej.
— Przecież nie popchnąłem — powiedział. — Przecież nawet nie popchnąłem.
— Oni jeszcze pamiętają ranek — powiedział Rexik i usiadł obok. — A ranek był dzisiaj. To bardzo niedawno.
— A jutro też będą pamiętać?
Rexik się zastanowił. Nie chciał mówić nieprawdy.
— Pewnie jutro też.
Ketza przeleciała nad nimi, zobaczyła Krzemienia na kłodzie między Rexikiem a Triką i tak się zdziwiła, że zrobiła w powietrzu dodatkowe kółko. A potem poleciała roznosić nową nowinę. A Szyszka i Orzeszek tego wieczoru na mostek i tak nie weszli.
Krzemień poszedł na wzgórza do mamy, kiedy niebo zrobiło się różowe. Na pożegnanie ruszył ku Trice, jakby chciał ją trącić w kołnierz — i zatrzymał się.
— Do jutra — powiedział. Tak, jak się mówi w dolinie.
Wieczorem Rexik długo obracał w łapach kawałek kory. Okrągłe wgłębienie było gładkie i letnie. Położył korę na swojej półeczce, obok kamyczka w paski, i wgramolił się do gniazdka.
Tata pochylił się nad nim — ogromny, aż zasłonił gwiazdy.
— Kiedy byłem taki jak ty — zaczął — mnie też raz popchnął pewien grubogłowy. Tak popchnął, że przeleciałem przez rzekę, przez wzgórze i spadłem prosto na babcię Anki. A ona nawet nie zauważyła!
— A potem? — zapytał Rexik. — Zaprzyjaźniłeś się z nim?
Tata podrapał się po krzaczastym grzebieniu nad okiem.
— Zaprzyjaźniłem. Tylko nie tego samego dnia. I nie następnego.
I zaśpiewał kołysankę tak fałszywie, że nawet świerszcze w paprociach na chwilę umilkły.
Rexik zamknął oczy. Jutro Szyszka i Orzeszek pewnie znowu uciekną. I pojutrze może też. A kawałek kory z okrągłym wgłębieniem leżał na półeczce i wcale się nie spieszył.





